Co naprawdę oznacza ciałopozytywność?

Czas czytania: 4 min

Ciałopozytywność to hasło, które obecne jest w kulturze już od pewnego czasu. Kiedy zajrzymy do postów oznaczonych tagiem #bodypositive na Instagramie, zobaczymy zdjęcia kobiet i mężczyzn, których ciała najczęściej w różnym stopniu odbiegają od norm przyjętych w świecie mediów. Oglądamy więc fałdki tłuszczu, cellulit, rozstępy po ciąży i wiele innych cech, które zazwyczaj staramy się schować przed wzrokiem innych. Może się wydawać, że jest to duży przełom oraz istotna zmiana na lepsze – i w dużej mierze tak jest. Czy jednak wraz z przedostawaniem się do mainstreamu ruch ten nie traci pewnych podstawowych założeń?

W 1990 roku pisarka i dziennikarka Naomi Wolf wydała głośną książkę pt. „Mit urody”. Zwraca w niej uwagę na to, że mimo że kobiety mogą pełnić coraz więcej ról społecznych w porównaniu do przeszłości, nie oznacza to, że uzyskują one coraz większą wolność – kontrola i ograniczenia zmieniają tylko formę, a ich nowe wcielenie jest znacznie trudniejsze do uchwycenia. Kobieta nie jest już uwięziona w domu, jednak jest więźniem konieczności bycia szczupłą, zadbaną i atrakcyjną. Rozwija się przemysł kosmetyczny, a coraz bardziej intensywny retusz zdjęć stawia niemożliwe do spełnienia wymagania dotyczące urody. Rozpoczyna się obsesja doskonałego ciała, możliwego do osiągnięcia jedynie na drodze coraz większych wyrzeczeń.

Ruch ciałopozytywny powstał w odpowiedzi na takie właśnie tendencje. Zamiast wyretuszowanych ciał modelek stara się pokazywać ciała, które nazywa „prawdziwymi” – ciała otyłe, z bliznami, przebarwieniami i innymi „defektami”, których reprezentacji próżno szukać w mediach masowych. Widzimy także osoby z niepełnosprawnością i osoby transpłciowe, które dla mediów często są tematem tabu. Zwolennicy ciałopozytywności starają się szerzyć wiedzę o racjonalnym dbaniu o siebie – zdrowej, odpowiadającej na potrzeby organizmu diecie, kosmetykach pozbawionych szkodliwej chemii czy nieprzeciążających formach ruchu. Odpierają tym samym zarzuty m.in. o normalizowanie chorób takich jak otyłość – za każdym razem podkreślają, że nie chodzi o podejście bezkrytyczne, a o odpowiednią troskę o własne ciało oraz rozsądne podejście do zmieniających się co dekadę kulturowych standardów.

Czy nie takiego podejścia potrzebujemy jako antidotum na wciąż silną kulturę Photoshopa i operacji plastycznych? Tak, jeśli pozostanie ono wierne swoim podstawom. Wejście ciałopozytywności do mainstreamu to duża zmiana w dobrym kierunku, jednak zdarzają się wypaczenia pozytywnego przekazu. Dotyczy to między innymi kampanii reklamowych – reklamodawcy poruszają się tu po grząskim gruncie, gdyż body positivity sprzeciwia się wpajanemu przez reklamy przekonaniu, że konsument potrzebuje określonych produktów, aby móc mieć zdrowe i szczęśliwe ciało. Przez lata całkiem nieźle radziła sobie marka Dove, której kampanie z udziałem kobiet niebędących profesjonalnymi modelkami były jednymi z pierwszych głośnych reklam tego typu. Z czasem jednak marka zaliczała kolejne potknięcia, do których należało m.in. wybielenie w reklamie czarnoskórej modelki czy zaprojektowanie opakowań mających kształtem przypominać kobiece ciała, przez co znów zostały one sprowadzone do roli towaru.

Z podobnymi zarzutami spotykają się nie tylko wielkie koncerny. Innym przykładem może być książka brytyjskiej celebrytki Louise Thompson. Gwiazda reality show zawarła w niej porady dotyczące diet odchudzających oraz ćwiczeń rzeźbiących sylwetkę, a także umieściła w niej zdjęcia samej siebie – kobiety o figurze doskonale wpisującej się w konwencjonalne standardy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że książkę planowała zatytułować właśnie „Body Positive”. Internauci nie kryli rozczarowania faktem, że autorka użyła hasła związanego z odrzuceniem rygorystycznego traktowania własnego ciała do promocji podejścia wprost przeciwnego. Ostatecznie książka ukazała się pod tytułem „Live Well With Louise: Fitness & Food to Feel Strong & Happy”.

Nie tylko chcący zarobić na nośnym haśle przedsiębiorcy wykazują postawę niezgodną z podstawowymi założeniami – niejednokrotnie zdarza się to samym zwolennikom ruchu. Oczywistym przykładem są przypadki, w których odnosimy się pozytywnie tylko do określonej części grupy osób „niestandardowych”. Chcemy jednak zwrócić uwagę na inny, subtelniejszy rodzaj body shamingu przebranego za pozytywne podejście. Jego przykładem mogą być komentarze, jakie pojawiły się po ślubie Meghan Markle z księciem Harrym, takie jak „w świecie pełnym sióstr Kardashian bądź jak Meghan Markle”. Co mówi taki komentarz? Teoretycznie chwali nową księżną za naturalność. Czy jednak pochwała poprzez krytykę innych to dobra droga? Warto także pamiętać, że naturalność Meghan Markle również okupiona jest wieloma wyrzeczeniami, takimi jak cykliczne prostowanie włosów za pomocą dość inwazyjnych (i kosztownych) metod. Pochwała naturalności w tym przypadku okazuje się być bardzo powierzchowna.

Łatwo jest także wpaść w pułapkę pozornej pozytywności. Oczywiście mamy najlepsze intencje, kiedy mówimy, że rozstępy są piękne lub nazywamy je tygrysimi paskami. Warto jednak zastanowić się, czy takie podejście rzeczywiście sprawia, że czujemy się lepiej, czy może po raz kolejny staramy się oceniać swoje ciało z zewnątrz, zamiast spróbować wejść do wewnątrz i postarać się w nim dobrze poczuć?

Co wszystkie te zarzuty mają ze sobą wspólnego? Niemożność powstrzymania się od spojrzenia z zewnątrz. Celem ruchu body positive jest wyzwolenie ciała od traktowania go jako obiektu nieustannej oceny oraz odrzucenie paradygmatu, w którym stanowi ono o wartości osoby. Jak widać, nie jest to proste – wszyscy tkwimy w licznych mechanizmach myślowych, których musimy się jeszcze oduczyć. Najważniejsze jednak, że zaczęliśmy.

Tekst: Ewa Stanicka
Ilustracja: Jarek Danilenko

Higiena intymna dla świadomych kobiet